W przepięknej
kamienicy przy Prince’s Gate 20 w Londynie znajduje się Instytut Polski i
Muzeum im. gen. Sikorskiego. W jego archiwum zdeponowano dokumenty dotyczące
Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie – dzienniki działań bojowych, kroniki
oddziałów, rozkazy, relacje, zdjęcia, listy bojowych strat. Wśród tysięcy
dokumentów znajdziemy także te, dotyczące służby zdrowia. Teczka oznaczona
sygnaturą C.415/I-III to Dziennik Działań Szefa Służby Zdrowia II Korpusu
Polskiego płk. dr. Mariana Dietricha. Same suche dane, lakoniczne notatki,
miejscowości, liczby.
W okresie walk o Monte Cassino Dietrich
zanotował:
Ranni
od 12.V-22.V 44.
3
DSK - 920 rannych oraz 24 zgony z ran,
5
KDP – 1475 rannych oraz 22 zgony,
2
Bryg. Panc. 40 rannych oraz 1 zgon
3
SOE przyjął 978 rannych, były 4 zgony,
5
SOE przyjął 1067 rannych, było 9 zgonów,
6
Szpit. Woj. przyjął 540 rannych był 1 zgon.
3 i 5 SOE to 3.
i 5. Sanitarne Ośrodki Ewakuacyjne – małe 200-łóżkowe szpitale rozwijane na
bezpośrednim zapleczu frontu. Dowódcą „trzeciego si-si-esa” był dr Leon Kehle,
„piątego” dr Stanisław Sikora (CCS to skrót od angielskiego casualty clearing station). Oba szpitale
w trakcie bitwy pracowały w rejonie Venafro-Pozilli. Wychodzi na to, że w okresie bitwy o Monte Cassino w szpitalach tych śmiertelność wynosiła
odpowiednio 0,4% i 0,84%, zaś w 6. Szpitalu Wojennym, który wszedł do akcji
nieco później śmiertelność była jeszcze niższa – 0,18%.
Jak to możliwe,
że w rozwiniętych pod namiotami szpitalach polowych w czasie największego boju
Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie umierało tak mało żołnierzy, skoro w innym
dokumencie przeczytać możemy, że około ¼ rannych trafiających do 3. SOE była w
ciężkim stanie? Kunszt polskich chirurgów? Może to nowe techniki chirurgiczne w
połączeniu z powszechnie dostępną krwią i osoczem, a także wprowadzenie do
lecznictwa penicyliny dały tak dobry efekt? A może jeszcze coś innego – może
ranni, którzy trafiali do szpitali nie byli w aż tak ciężkim stanie? I co miał
na myśli autor raportu pisząc o „rannych w ciężkim stanie”? Ciężki stan to
wstrząs krwotoczny, czy gorączka, odwodnienie, sepsa? Czy „ciężki stan” to
obiektywne określenie, czy subiektywna ocena lekarza?
Mit o wielkich
sukcesach drugowojennych chirurgów i zadziwiająco niskiej śmiertelności w
alianckich szpitalach ma się dobrze. Utrwalany jest na blogach internetowych,
można się o tym dowiedzieć oglądając niektóre filmy popularnonaukowe dotyczące
medycyny II wojny światowej. Postaram się z nim rozprawić. Tu i teraz. Bitwa o Monte Cassino będzie doskonałym przykładem.
Ale po kolei.
Niektórych rannych po prostu nie da się uratować. Choćby nie wiem co. Na przykład gdy odłamek urwie pół głowy albo gdy pocisk rozerwie aortę, czyli największą z tętnic. Jednak we współczesnej medycynie ratunkowej oraz medycynie polowej mówimy też o „zgonach możliwych do uniknięcia”. Doświadczenia z ostatnich wojen w Iraku i Afganistanie wskazują, że większość rannych, którzy nie umierają bezpośrednio po urazie ginie w wyniku krwotoku, odmy opłucnowej lub niedrożności dróg oddechowych. I to właśnie na doraźnym (czyli tymczasowym) oraz natychmiastowym rozpoznaniu i leczeniu tych trzech stanów bezpośrednio zagrażających życiu skupiają się instruktorzy uczący polowej pierwszej pomocy. Szybkie założenie opaski uciskowej na krwawiącą kończynę, wbicie grubej i długiej igły w odpowiednie miejsce na klatce piersiowej (gdy podejrzewamy odmę opłucnową), bądź włożenie w nozdrza rannego rurki nosowo-gardłowej może zdecydować czy raniony żołnierz przeżyje. Założenie opaski uciskowej to umiejętność podstawowa, którą wykazać musi się KAŻDY ŻOŁNIERZ. Z kolei odbarczenia odmy i przyrządowego udrażniania dróg oddechowych uczy się wybranych żołnierzy, którzy formalnie nie mają medycznego wykształcenia – to combat lifesavers. Podczas akcji bojowej walczą ramię w ramię z innymi żołnierzami. Umiejętności i kompetencje wojskowych ratowników medycznych (którzy ukończyli szkoły medyczne) są już znacznie szersze. Powyższe zabiegi dają czas. Czas na przybycie śmigłowca MEDEVAC lub wozu MEV (medical evacuation vehicle). Bezpośrednio z pola bitwy ranni zabierani są do szpitala. W dobie śmigłowców transport ten skrócił się w sposób niesamowity.
Tymczasem w
czasach II wojny światowej poziom wiedzy i wyszkolenia sanitariuszy był
niebotycznie mniejszy. A i sprzęt, którym dysponowali był bez porównania
bardziej skromy. Pierwsza pomoc na polu bitwy pod Monte Cassino ograniczała się
w praktyce do zasypania rany sulfonamidem i założenia opatrunku. Sanitariusze w
prawdzie mieli w torbach opaski uciskowe ale w tamtych czasach uważano, że
opaskę należy założyć dopiero, gdy kolejne opatrunki uciskowe nie tamują
krwawienia. W podręcznikach pochodzących z lat 40. darmo szukać czegokolwiek na
temat odmy opłucnowej czy instrumentalnego udrażniania dróg oddechowych. I,
oczywiście, nie było wtedy śmigłowców.
Wydobycie
rannego spod ostrzału moździerzowego czy ognia spandaów w trudnym i stromym terenie, gdy Niemcy mieli jak na dłoni całe pole bitwy, bardzo często
możliwe było dopiero pod osłoną nocy. Młody lekarz Olech Szczepski z 3. Dywizji
Strzelców Karpackich, który organizował ewakuację rannych w rejonie wzgórza 593
i „wielkiej miski” zanotował w swoim pamiętniku: Nie spaliśmy całą drugą noc. Ranni ciągle
spływają. Są tacy, co wiele godzin leżeli na polu. Nie można ich było wydostać
spod ognia karabinów maszynowych. Bardzo cierpią. Rany już często z odczynami
zapalnymi.
Rannych transportowali
noszowi. Kamieniste stromizny wcale nie ułatwiały im zadania. Na przykład na
odcinku 14. batalionu strzelców ewakuacja rannych z pierwszej linii do batalionowego
punku opatrunkowego trwała od godziny do półtorej. W rejonie działania 16. batalionu
czas ten wynosił już jedną do trzech godzin. Tak wynika ze sprawozdań z działań
służby zdrowia 5. Kresowej Dywizji Piechoty. Po dotarciu do „drogi polskich
saperów” nosze ładowane były na Willysy, które wiozły rannych w dół, do wysuniętych
punktów opatrunkowych. Czas 30-40 minut. Tam po oglądnięciu przez lekarza pacjentów
przeładowywano do ambulansów Dodge. Kolejną godzinę zajmowała podróż do wąwozu „inferno”
gdzie rozwinięty był główny punkt opatrunkowy „kresowiaków”. Dopiero tam, po
kilkugodzinnym transporcie, ranni, którzy tego wymagali byli operowani. Po
kilku godzinach transportu! A jak długo leżeli pod gołym niebem na polu bitwy? Przy
masywnym krwawieniu, narastającej odmie opłucnowej, niedrożności dróg
oddechowych kilka-kilkanaście godzin oczekiwania na pomoc chirurga to koniec.
Ba! Godzina to nieraz za długo.
Na stół operacyjny
głównego punktu opatrunkowego trafiali ranni w stanie wstrząsu krwotocznego.
Ale pod warunkiem, że źródłem krwawienia było mniejsze naczynie. Ranny żołnierz
stopniowo, powoli, tracił lepką, czerwoną, życiodajną ciecz. W GPO chirurg
poszerzał ranę, chwytał naczynie klemem, podwiązywał. W tym czasie z bristol
bottle do żył rannego kapała krew i osocze. Operowano też wszystkie rany –
wycinano poszarpane tkanki, usuwano ciała obce. Szyto także rozerwane jelita.
Złamane kończyny stabilizowano w szynach. Zdarzały się także odmy opłucnowe.
Ale pod warunkiem, że nie narastały, nie powodowały ucisku na płuca. Gdyby było
inaczej ranny udusiłby się podczas transportu. Dużo uwagi poświęcano tym, z
odczynami zapalnymi, o których pisał dr Szczepski. Bo odczyn zapalny to
najpewniej infekcja. A ona niechybnie prowadzi do sepsy i śmierci. W takich
wypadkach stosowano penicylinę.
Dopiero niedawno
uświadomiłem sobie w pełni, jak wiele ówczesna chirurgia polowa poświęcała uwagi walce z powikłaniami septycznymi (infekcyjnymi). W czasach
II wojny światowej w mniejszym stopniu skupiano się na leczeniu masywnych krwotoków, bo ranni
z aktywnym, ciężkim krwawieniem po prostu umierali zanim dotarli na salę
operacyjną. Paradoks polega na tym, że kiedyś chirurdzy mieli więcej czasu na
pomoc rannym – walczyli przede wszystkim z zakażeniem a nie z krwawieniem. Dziś
jest inaczej. Dziś wrogiem numer jeden jest krwotok. Szybki transport pacjenta po ciężkim urazie karetką albo
śmigłowcem, na pokładach których ratownicy rozpoczynają już leczenie, sprawia,
że na wdrożenie leczenia mamy o wiele mniej czasu. Do szpitala trafiają bowiem
ci, którzy lata temu umarliby po drodze, albo zanim w ogóle nadeszłaby jakakolwiek
pomoc. Do szpitala przywożeni są pacjenci z rozerwaną tętnicą udową,
podkolanową albo dużymi naczyniami klatki piersiowej i brzucha.
Myślę, że na tą niską
śmiertelność w szpitalach polowych podczas bitwy o Monte Cassino, od której
zacząłem swój wpis musimy spojrzeć z innej strony. Paradoksalnie jest to dowód
na słabość systemu ewakuacyjnego. I bynajmniej nie jest to zarzut pod adresem
służby zdrowia II Korpusu Polskiego. Tak po prostu wtedy było. Taki był stopień
rozwoju techniki, takie były okoliczności terenowe, takie warunki narzucił w
końcu nieprzyjaciel. Kilkugodzinna ewakuacja stawała się swoistą selekcją, którą
przetrwali najsilniejsi. Śmiertelność rzędu 0,14-0,84% to nie dowód kunsztu
chirurgów. Mimo, że personel służby zdrowia pracował z niebywałym poświęceniem.
Bezrozumne
patrzenie na dane statystyczne i wyciąganie na ich podstawie pochopnych
wniosków, nie ważne jak ponętne i sensacyjne by one nie były, prowadzi w ślepe
uliczki. I nie przybliża do prawdy.
I na mój wywód
patrzcie proszę krytycznie. Bo to tylko teoria, której naukowo dowieźć nie potrafię, a
jedyne co mogę, to przedstawić wiarygodne argumenty ją popierające.
Panie Olku,
OdpowiedzUsuńna stronach internetowych Insttytutu Sikorskiego nie ma udostepnionej teczki/sygnatury C415/1-3 .
Czy ma go Pan ? Czy można go przeszukać pod kątem dr ze Lwowa ? Blizsze dane może na email.
Pozdrawiam Maciek M mmrowa[at]wp.pl
Trzeba im oddać, że wykonali świetną robotę. Aczkolwiek dzisiejsza medycyny jest już na dużo wyższym poziomie i zamiast w warunkach polowych operować możemy dzisiaj cieszyć się wysokim standardem np. w szpitalu gdańskim https://carolina.pl/carolina-medical-center-w-gdansku/
OdpowiedzUsuń