środa, 3 września 2014

Pierwsze dni września

Każdego z nich wojna zastała w innym mieście. Niektórzy byli zawodowymi oficerami służby zdrowia, inni rezerwistami. Wojna wyrwała ich z codziennej rutyny. Oderwała od domu i bliskich, od normalnego życia, od pacjentów i rytualnych porannych obchodów. We wrześniu 1939 roku zostawili wszystko co znali. Wszyscy oni uczestniczyli w wojnie obronnej, a później jako lekarze Polskich Sił Zbrojnych służyli na Zachodzie. Wszyscy po wojnie wrócili też do kraju.

Dr Eugeniusz Mierczyński – Puławy:
Wojna zastała mnie w Puławach, gdzie byłem ordynatorem chirurgiem i dyrektorem szpitala. Ostatni przedwojenny urlop spędziliśmy oboje z żoną na południu Polski, głównie w Zakopanem. (…) Wracaliśmy z urlopu 24 września przez Kielce i Radom naszym małym fiatem 508. (…) Przyjechaliśmy do domu wyczerpani o drugiej w nocy. Herbata, jakaś przekąska i spać, spać. Ale już o piątej budzi ostry dzwonek u drzwi wejściowych. Półprzytomny – otwieram. Przed drzwiami stoi żołnierz i wręcza mi za pokwitowaniem urzędowe pismo. Jako oficer rezerwy mam zgłosić się natychmiast w koszarach, w dowództwie 2 Pułku Strzelców Kaniowskich. Rozbudziło to mnie lepiej niż zimny prysznic. Pospiesznie zacząłem się odziewać. Mundur, czapka, pas, szabla i idę się zameldować. Dostałem polecenie przebadania lekarskiego wezwanych do służby czynnej rezerwistów, którzy masowo teraz otrzymywali karty powołania (…) Pracowałem w koszarach od rana do południa, po czym wracałem do domu na obiad. Po obiedzie normalne życie lekarza; obchód chorych w szpitalu, jakieś szpitalne zabiegi, ale już mundurze.
Pierwszego września spadły na Polskę pierwsze niemieckie bomby; dostało się także Puławom. (…) W lesie, gdzie robiłem przeglądy lekarskie, niemieckie bomby nie wyrządziły nam szkody, i nie ponieśliśmy strat w ludziach. (…) 3 września otrzymałem rozkaz zameldowania się w Dowództwie Okręgu Korpusu Warszawa, w szefostwie sanitarnym. Żegnając się z żoną i synem byłem pełen optymizmu i do głowy mi nie przyszła myśl, że wojna z Niemcami przybierze dla nas tak szybko katastrofalny obrót.             

­­Pchor. san. Tadeusz Rożniatowski – Centrum Wyszkolenia Sanitarnego, Warszawa-Ujazdów:
A więc jednak wojna! Bo nawet największym optymisto mnie przyszło do głowy, że o tak wczesnej porze LOPP mógł zarządzić próbny alarm. Zresztą za chwilę służbowi zaczęli się wydzierać, żeby wychodzić do schronów – zgodnie z instrukcjami. Nikomu się specjalnie nie spieszyło, ale gdy pojawili się oficerowie – nie było rady. Schodziliśmy do rowów przeciwlotniczych, wykopanych w pobliżu zamku od strony skarpy. Z uwagą śledziliśmy niebo, ale na razie nic nie było na nim widać. Gdzieś strzelały „zenitówki”, czasami z oddali dochodziły odgłosy większych detonacji. Po jakimś czasie wszystko się uspokoił, alarm został odwołany i zaczęliśmy wracać do kompanii. W oknie kasyna podoficerskiego stał głośnik odbiornika radiowego. Nadawano pamiętny komunikat o napaści Niemiec na Polskę, a potem orędzie prezydenta. Słuchaliśmy w skupieniu, starając się nie uronić ani jednego słowa.
Wkrótce zarządzono zbiórkę całego stanu osobowego Szkoły. Komendant, pułkownik Maszadro, przemówił do nas krótko i po męsku. Sytuacja jasna: wojna. Rozstajemy się, by iść spełnić żołnierski obowiązek. Kiedy się spotkamy – nie wiadomo. Ale rzeczy sobie i nam, żebyśmy – gdy się spotkamy – mogli śmiało sobie spojrzeć w oczy i powiedzieć: zrobiliśmy wszystko, czego od nas oczekiwała Ojczyzna. Życzył nam szczęścia i zwycięstwa. Powiedział również, że podchorążowie XIII i XIV promocji są już podporucznikami, ale akty nominacyjne otrzymamy pocztą polową najbliższym czasie na naszych przydziałach mobilizacyjnych. Czołem, podchorążowie! Czołem, panie pułkowniku!     
Karty mobilizacyjne mieliśmy już od kilkunastu godzin w kieszeniach, każdy wiedział, którego dnia, o której godzinie i dokąd ma się udać, a więc wszystko było jasne. Nie obowiązywały już przepustki, toteż kto miał więcej czasu szedł jeszcze pożegnać się z najbliższymi. (…) Pożegnanie było krótkie: trochę matczynych łez i wyrazy odwiecznej troski („a co ty tam będziesz jadł, a nie przezięb się, a pisz” itd.).13-letni braciszek mężnie zniósł pożegnanie i zapewniał, że będzie opiekować się matką, dopóki sam nie pójdzie do wojska. Poszedł później do powstania warszawskiego i padł pod Królikarnią na Mokotowie.  

Dr Julian Maj – Mielec: 
Wczesnym rankiem 1 września 1939 r. lotem błyskawicy rozeszła się wieść o zbrojnym napadzie Niemiec na Polskę. Stało się to, czego oczekiwano od kilku tygodni w napięciu i z niepokojem. W mieście zrozumiałe poruszenie, wzmożone zakupy w sklepach, nerwowa bieganina i załatwianie różnych spraw, gromadzenie się ludzi przed afiszami mobilizacyjnymi rozlepionymi na murach i tablicach ogłoszeń, przejazdy samochodów rozwożących obwieszczenia mobilizacyjne. (…) Jako lekarz PKP byłem reklamowany i oczekiwałem wezwania mobilizacyjnego w następnej kolejności . Już od tygodnia mundur i spakowana walizka czekały na tę ewentualność. Dzień był pogodny, nad miastem i okolicą snuła się cienka warstwa zanikających chmur. Około godziny 10.00 rozległy się pierwsze odgłosy nieprzyjacielskich samolotów, a w chwilę później wybuchy bomb w rejonie wiosek Mościska i Babule. (...) Kolejny nalot na PZL, wioskę Cyrankę i sąsiedni lasek miejski pozostawił kilkunastu rannych. Do lasku podwiózł mnie na motocyklu policjant u tam udzieliłem pierwszej pomocy rannym. Była to rodzina Sokołów z Cyranki. Wystraszeni kolejnym bombardowaniem sąsiednich Zakładów, uciekali z wioski do lasu, gdzie obok na małym cywilnym lotnisku, stała awionetka. Znaleźli się w bezpośrednim sąsiedztwie awionetki, którą widocznie lotnik zauważył i obrzuci gradem małych bombek. W efekcie została śmiertelnie ranna matka, a lżej ranni ojciec i kilkoro dzieci. Ślady na ziemi wyglądały jak po wybuchu ręcznych granatów. 3 września, w niedzielę, została ogłoszona dalsza mobilizacja, która objęła i mnie. Wyjechałem na motocyklu, małym backerze, zabierając po drodze furmanką do szwagra Dobrowolskiego do Wadowic Górnych żonę z synami, siostrę żony z synem i teściową.

Dr Adam Majewski – Lwów:
1 września normalnie udałem się do pracy. W dyżurce lekarskiej znów te same rozmowy i powtarzanie aż do znudzenia najbardziej fantastycznych pogłosek. Udałem się na salę chorych. Po pewnym czasie wróciłem i trafiłem na moment, gdy odezwał się telefon. Ktoś prosił dr Redlera. Redler po chwili rozmowy odwrócił się do nas i powiedział: - żona telefonuje z miasta, że wybuchła wojna. Niemcy przekroczyli granicę, nasze wojska już walczą. Właśnie sama słyszała to przez radio.
Wszyscy umilkli, ktoś się odezwał:
- Nareszcie! Już to lepsze, niż ta ciągła niepewność. Nieraz się nad tym zastanawiałem, że właściwie wyszło to tak jakby nikt z nas nie wziął wiadomości o wojnie na serio.
Gdy w chwilę potem wezwano nas na wizytę profesorską, szedłem z całym orszakiem asystentów za profesorem ostrowskim i chyba nie myślałem o wojnie. W pewnej fazie wizyty, byliśmy na drugim piętrze, w chwili gdy przechodziłem korytarzem, usłyszałem głuche odgłosy jakby odległego wybuchu. Nikt nie zwrócił na to uwagi. Wizyta profesorska posuwała się dalej. (…) Stałem na korytarzu i w pewnej chwili zobaczyłem idącego pospiesznie w naszym kierunku dr Łuczyńskiego z tak zwanej „dużej chirurgii” Szpitala Powszechnego. Szukał właśnie profesora Ostrowskiego.
- Panie dziekanie, prosimy o pomoc, przywieźli rannych ze zbombardowanego pociągu, kilkudziesięciu, część jest już na miejscu, resztę zwożą. Poza tym Niemcy bombardują miasto.
Dopiero teraz uświadomiłem sobie z całą wyrazistością, że to naprawdę wojna.
  
Bolesław Rutkowski – student VI roku medycyny – Warszawa:
Był alarm lotniczy. Wszyscy mówiliśmy że chyba jest wojna. Latały samoloty. Widziałem nawet bitwę lotniczą. Polskie samoloty atakowały  Niemców. (…) chodziłem do rannych, ponieważ lekarze pouciekali (duża część personelu sanitarnego została zmobilizowana i opuściła Warszawę wraz ze swoimi jednostkami – przyp. mój). W dzielnicy, w której mieszkałem nie było ani jednego. (…) Chodziłem po mieszkaniach. Na przykład jeden ranny miał ranę w pachwinie. Byłem także u Żyda, który popełnił samobójstwo zażywając luminal. Było jeszcze kilku innych. Jednego dnia operowałem rannego. Dostał odłamek w podudzie. (…) Byłem sam, nie było nikogo oprócz mnie. Operowałem żyletką. Dałem mu morfinę. Wuj miał apteczkę, w której miał nowokainę, więc też dałem. I usunąłem ten odłamek, założyłem opatrunek a po paru dniach, gdy już Niemcy wkroczyli, dałem go do szpitala bo rana nie chciała się goić. (…) To był cywil, syn dozorcy. Poszedł zamiatać. Mieszkaliśmy obok Ogrodu Saskiego, gdzie było dużo armat przeciwlotniczych. I Niemcy specjalnie ognie artyleryjskie skierowali na tę ulicę. Ta ulica, Fredry, dostała z 50 pocisków.

Wit Rzepecki – Lwów:
Ostatnie wakacje spędziłem z żoną i córką w Hrebenowie w Karpatach. Pobyt przerwało wezwanie mobilizacyjne i związany z nim szybki bieg wypadków. Już za kilka dni zobaczyłem Lwów w odmiennej postaci. Panowało tu naprężenie i oczekiwanie nieuchronnych wypadków. Kopano rowy przeciwlotnicze i przeciwczołgowe.
Jako jeden z pierwszych zjawiłem się w klinice w mundurze tylko po to, aby oznajmić profesorowi i kolegom odejście z kliniki do wojskowego szpitala ewakuacyjnego, zwanego EWA 202. W tym szpitalu zastałem już pracowników kliniki, a mianowicie prof. Hilarowicza w stopniu kapitana i adiunkta Szymonowicza w stopniu sierżanta podchorążego.
(…) Pierwsze bomby padły na Lwów dnia 1 września. Paliły się zbiorniki na Persenkówce. (…) Z kliniką porozumiewałem się już tylko telefonicznie, następowały bowiem dni meldowania się w macierzystej jednostce oraz kilka dni przetasowań personalnych i coraz to nowe miejsca zbiórki szpitala EWA 202, co wywoływało nastrój niezdecydowania i niepokoju. (…) Wracając do domu z miejsca zbiórki coraz częściej widywałem po drodze bezładne grupy powracających żołnierzy z wyrazem zmęczenia i wyczerpania, a pojedynczy uciekinierzy, zatrzymywani przeze mnie i wypytywani, udzielali mi coraz to gorszych i sprzecznych wiadomości, świadczących o słabej i zdezorganizowanej akcji obrony naszych wojsk, co zresztą miało swoje zgodne odbicie w wiadomościach zasłyszanych z lwowskiej rozgłośni radia. (…) Wreszcie po jednym z pożegnań z rodziną nie powróciłem już do domu, rozstałem się z nim na 7 lat.
Wojna przerwała normalne życie. Zmobilizowani lekarze wyruszyli wraz ze swoimi jednostkami na front pozostawiając w domach rodziny. Nie mieli pojęcia co ich czeka, nie wiedzieli, czy w ogóle przeżyją. Nie zdawali sobie sprawy, że rozłąka będzie trwać tak długo, i że niektórych ze swoich najbliższych nie zobaczą już nigdy. Nawet jeśli przebywającym na Zachodzie udało się nawiązać kontakt z bliskimi, był on niezwykle utrudniony. Nie można było sobie tak po prostu pisać. Polska była przecież pod okupacją. Listy trzeba było adresować na "umówione" adresy w neutralnych krajach . W ten sposób kontaktowała się przebywająca w Bielsku Hildegarda Sałacińska ze swoim mężem Zbigniewem Sałacińskim, chirurgiem służącym w 2. Brygadzie Pancernej. W czasie bitwy o Monte Cassino pracował on w tym samym GPO w "Inferno Track", w którym znalazł się dr Julian Maj. Po wojnie dr Sałaciński wrócił do kraju i objął posadę ordynatora chirurgii w Szpitalu nr 3 w Chorzowie.
***
Eugeniusz Mierczyński – po przegranej kampanii wrześniowej został internowany na Węgrzech. Uciekł z obozu i przez Jugosławię oraz Turcję przedostał się na Bliski Wschód, gdzie dostał przydział do Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich. Pracował następnie w polskich szpitalach na Bliskim Wschodzie oraz w II Korpusie Polskim. Do Polski powrócił w pierwszej połowie 1946 roku. 
Tadeusz Rożniatowski – był wychowankiem Szkoły Podchorążych Sanitarnych w Warszawie (XIII promocja) i uczestnikiem kampanii wrześniowej. Przedostał się do Francji. W czasie walk wiosną 1940 roku służył w 1. Dywizji Grenadierów.Dostał się do niewoli niemieckiej, w której spędził resztę wojny.Zdał egzaminy końcowe i otrzymał dyplom lekarski już w powojennej Polsce w roku 1947. W 1948 roku wrócił do wojska. Pracował w Departamencie Służby Zdrowia MON. W 1952 roku został redaktorem czasopisma naukowego "Lekarz Wojskowy". W latach 1963 - 1965 był komendantem Centralnego Szpitala Klinicznego Wojskowej Akademii Medycznej w Warszawie, a następnie zastępcą Szefa Służby Zdrowia MON. W 1967 roku został dyrektorem Państwowego Zakładu Wydawnictw Lekarskich. Zmarł w 1987 roku.
Julian Maj – Poprzez Francję i Wielką Brytanię trafił do II Korpusu Polskiego. Podczas bitwy o Monte Cassino dowodził Głównym Punktem Opatrunkowym 6. kompanii sanitarnej 5. Kresowej Dywizji Piechoty w słynnym wąwozie „Inferno”. Wrócił do kraju w 1947 roku. Był pierwszym dyrektorem Szpitala Powiatowego w Dębicy i ordynatorem Oddziału Chirurgiczno-Położniczego.  Adam Majewski – zmobilizowany jako rezerwista uczestniczył w wojnie obronnej 1939 roku. Przedostał się przez Bałkany do Francji. Brał udział w kampanii francuskiej w roku 1940. Następnie znalazł się w Wielkiej Brytanii, gdzie przez pewien czas służył w 10. Brygadzie Kawalerii Pancernej. W 1942 roku skierowany został na Bliski Wschód, gdzie dołączył do II Korpusu Polskiego. Uczestniczył w bitwie o Monte Cassino jako lekarz 3. Dywizji Strzelców Karpackich. Pod koniec wojny dowodził polową czołówką chirurgiczną. Wrócił do kraju w 1947 roku, podjął pracę w Toruniu. Zmarł w 1979 roku.
Bolesław Rutkowski – w sierpniu 1939 roku jako student VI roku medycyny w Bukareszcie przebywał w Warszawie w ramach praktyk wakacyjnych. Tu zastała go wojna. Przeżył oblężenie stolicy. Wrócił na teren Rumunii, której był obywatelem, a następnie ochotniczo wstąpił do Wojska Polskiego, które od nowa formowało się we Francji pod wodzą gen. Sikorskiego. Uczestniczył kampanii francuskiej. Studia medyczne dokończył na Polskim Wydziale Lekarskim przy Uniwersytecie w Edynburgu. Skierowany na Bliski Wschód w ramach uzupełnień dla II Korpusu gen. Andersa. Pełnił obowiązki adiutanta naczelnego chirurga II Korpusu Polskiego, gen. prof. Bolesława Szareckiego. W czasie bitwy o Monte Cassino pracował w szefostwie służby zdrowia. Pracował także w szpitalach polowych. Do Polski przyjechał w 1948 roku. Podjął pracę w Gliwicach. Był pierwszym anestezjologiem na Śląsku, wychował kilka pokoleń anestezjologów. Był nestorem polskiej medycyny bólu. Zmarł w 2012 roku.
Wit Rzepecki – uczestnik kampanii Francuskiej. Po przybyciu na teren Wielkiej Brytanii pracował w polskich szpitalach wojennych. Z powodu pogarszającego się zdrowia został zwolniony ze służby. Mimo to nadal pracował klinicznie. Po powrocie do kraju w 1946 roku podjął pracę w jednym z sanatoriów gruźliczych w Zakopanem, gdzie zorganizował oddział chirurgii klatki piersiowej. Uznawany jest za jednego z pionierów i współtwórcę polskiej torakochirurgii. Zmarł w 1989 roku.   

***
Zawsze, gdy zbliżają się rocznice, choćby jak ta, wybuchu wojny, media obiegają jałowe dyskusje „co my byśmy zrobili?”, „jak byśmy się zachowali?”. Dziennikarze łażą po ulicach, pytają młodych i starych, zadają głupawe pytania „czy oddał byś życie…?”.
Czy ja się nad tym zastanawiam? Może trochę. Pewnie wstałbym jak zawsze o wpół do siódmej, nie zjadłbym śniadania, zaspany wpakował się do auta i popędził do szpitala.Ale jakbym się zachowywał nie wiem. I wiedzieć nie mogę. Po co więc rozmyślać nad tym? Przecież tyle o nas wiemy, ile nas sprawdzono.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Dawne medycyny dzieje we Fromborku




Recepty wystawione we Lwowie dla rodziny Dzieduszyckich pod koniec XVIII w. prezentowane w Muzeum Historii Medycyny we Fromborku.

Kończy się okres powszechnie zwany „wakacjami”. „Wakacje” zmuszony byłem ująć w cudzysłów, bo pierwszy raz w życiu wakacji nie miałem. Taki los. Był za to urlop. W ostatni weekend sierpnia czuję się więc zobowiązany napisać krótką wakacyjną relację. A będzie ona dotyczyła Fromborka. Miasta wręcz przesiąkniętego historią i mającego coś ciekawego do zaoferowania także tym, którzy interesują się dziejami medycyny.  
Frombork to niespełna 2,5-tysięczne miasto leżące na południowym brzegu Zalewu Wiślanego. Ale niech jego wielkość Was nie zwiedzie. Na zwiedzanie mieliśmy jedynie cztery godziny, ponieważ ograniczeni byliśmy rozkładem rejsów promu, ale był to niezwykle intensywnie spędzony czas. Przydałoby się go więcej - godzinkę albo może i ze dwie.  

Do miasta najlepiej przybyć statkiem kursującym z Krynicy Morskiej, co samo w sobie jest już atrakcją. Pierwsze co przykuwa uwagę po zejściu na ląd to monumentalna gotycka zabudowa wzgórza katedralnego, które góruje nad okolicą. Koniecznie trzeba odwiedzić planetarium, Bazylikę archikatedralną Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Andrzeja, Wieżę Radziejowskiego, no i (albo przede wszystkim) Muzeum Mikołaja Kopernika. Frombork słynny jest przecież przede wszystkim z faktu, że właśnie w nim przez ponad dwadzieścia lat żył, pracował i został pochowany ten, który „wstrzymał słońce ruszył ziemię”. 
Na pasjonatów historii medycyny w muzeum czekają pierwsze atrakcje. Urodzony w Toruniu astronom był bowiem także ekonomem, dowódcą i ekspertem od fortyfikacji, matematykiem i lekarzem. Medycynę Kopernik studiował w Padwie. Jak głosi znajdujący się na wystawie opis jego medycznej działalności we Fromborku, Kopernik leczył nie tylko kościelnych dostojników, ale pomagał także ludziom niezamożnym i zaangażowany był w zwalczanie zarazy szalejącej w północnej Warmii wiosną 1519 roku. Na wystawie obejrzeć można więc przedmioty i ryciny związane z dawną medycyną.

„Medyczną” perełką Fromborka jest jednak Szpital św. Ducha z kaplicą św. Anny. Zbudowany w XV w. obecny wygląd zawdzięcza przebudowie na początku XVIII w. W szpitalu dziś funkcjonuje Muzeum Historii Medycyny. Na ekspozycji prezentowane są naczynia i instrumenty medyczne, starodruki oraz księgi lekarskie. Niezwykle cennymi są recepty wystawione dla rodziny Dzieduszyckich pod koniec XVIII we Lwowie, zaś moją szczególną uwagę przykuło łóżko ginekologiczne przypominające mi raczej… no właśnie – sam nie wiem co. Mieliśmy szczęście trafić na okres, kiedy to w muzeum prezentowana była wystawa czasowa pt. „Andreasa Vesaliusa traktat o budowie ciała ludzkiego –  De humani corporis fabrica,  1543”. Na dużych planszach zaprezentowano na niej osiągnięcia szesnastowiecznego flamandzkiego uczonego uznawanego za prekursora nowożytnej anatomii. Prawdziwym rodzynkiem wystawy jest oryginał „De humami corporis fabrica” z 1555 roku, pochodzący z Biblioteki Uniwersyteckiej w Toruniu. Wystawa przygotowana została przez Bibliotekę Główną oraz Katedrę i Zakład Historii Nauk Medycznych Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu.

Dawne łóżko... ginekologiczne. Nie wiem. Nie znam się. Niech się panie wypowiadają :)
Frombork to urokliwe, zadbane i przyjemne miasteczko. Rozpisywać się nie ma co. Frombork po prostu trzeba odwiedzić.     

piątek, 15 sierpnia 2014

Dlaczego chirurdzy się złoszczą?*

Ach ta chirurgia! Jak myślimy o medycynie to przed oczami staje nam internista lub kardiolog z zawieszonym na szyi stetoskopem albo dzielny i wytrwały chirurg ratujący życie i zdrowie ludzi godzinami stojąc przy stole operacyjnym. Obraz chirurga w fartuchy operacyjnym, czepku i masce jest wręcz alegoryczny. Tylko dlaczego ci chirurdzy się tak złoszczą? I czy w ogóle złoszczą się bardziej niż inni lekarze?
Złoszczą się, złoszczą. Tak przynajmniej orzekliśmy jeszcze podczas studiów, kiedy to żółć chirurgów kilka razy wylała się na nas, biednych studentów. Wiadomo, nie wszyscy się złoszczą. Tych złoszczących pewnie jest mniejszość. Ale złość niektórych przybiera jednak spektakularną formę i być może stąd ten wniosek, że chirurdzy złoszczą się generalnie. W czasie zabiegu w eter lecą przekleństwa wulgarnie określające nierządnicę, ale w tym wypadku będące jedynie werbalizacją wzbierającego w nich napięcia. Przynajmniej mam taką nadzieję. No, bo o nierządnice na salach operacyjnych chyba trudno. Są też tacy, którym nic nie pasuje, a już najbardziej asysta. I właśnie dlatego się złoszczą. Pouczają, dają dobre rady, podnoszą głos. Kiedyś myślałem, że to ja jestem taki lewy i nawet, zdawać by się mogło, prostej czynności jaką jest trzymanie haków nie potrafię zrobić porządnie. Ale nie. Pierwszy asystent też „źle ssał”, „wchodził w pole operacyjne” itd., itp. 
Złość jeszcze innych ma milczące oblicze. To milczenie, którym obdarowują asystentów przeciąga się nieraz na dłuższy czas i wychodzi poza obszar bloku operacyjnego. Wiemy wtedy, że chirurg się złości.
No ale dlaczego chirurdzy się złoszczą? Z różnych powodów. Czasem dlatego, że operacja „nie idzie”, że pojawiły się komplikacje, że jest trudne do opanowania krwawienie. Wiadomo – w tych sytuacjach niewinna „ku..a” jest uzasadniona. Czasem złość jest jednak maską własnej słabości (to te wypadki kiedy winna jest asysta). Chirurdzy złoszczą się też często na anestezjologów. A to „pacjent źle zwiotczony”, „a to to, a to tamto”. Czasem mają rację, częściej nie. Złoszczą się tak, jak złościł się dr Kanarek na biednego dr Szczepskiego w jednym z polowych szpitali na froncie włoskim, niemal dokładnie 70 lat temu: …około 12:00 przywieziono z linii frontu rannego w brzuch, w stanie zapaści. Podłączyłem kroplówkę z płynu fizjologicznego, chorego kazałem ogrzać kocami i postawić przy nim piecyki naftowe i zmobilizowałem czołówkę transfuzyjną i chirurgiczną. Wobec tego, że w czołówce chirurgicznej jest tylko 2 lekarzy (kpt. Kanarek i ppor. Sołowiejczyk) stanąłem do podawania narkozy za pomocą aparatu inhalacyjnego. […] Zmniejszyłem tedy głębokość podawanej narkozy, którą dotąd utrzymywałem, bo wydawało mi się, że ranny dostał już w ogóle za dużo środków znieczulających, a zabieg powinien lada chwila skończyć się. Po chwili kpt. Kanarek położył ostentacyjnie imadło z igłą na polu operacyjnym i wykorzystując chwilę zupełnej ciszy powiedział donośnie, wyraźnie i powoli, patrząc w moją stronę: „Pierwszą zasadą narkozy jest, aby spał pacjent a nie narkotyzer”. Chodziło mu o to, że u budzącego się rannego zaczęły się napinać powłoki brzuszne, co utrudniało ich zeszycie. Co miał zrobić Bogu ducha winny dr Szczepski, kiedy mu kazano znieczulać, a on nie umiał? Powinien zajmować się tym dr Sołowiejczyk, który pełnił funkcję anestezjologa.
Niektórzy chirurdzy złoszczą się „bo tak”. Muszą się złościć, taki mają charakter. I z tego słyną. Ileż w świecie medycznym jest anegdot o złoszczących się wybitnych chirurgach! Jednym z nich był nestor polskiej ortopedii prof. Tadeusz Sokołowski. Sławny był ten jego ciężkawy charakter. Po zabiegu miał jednak zwyczaj – jak to wspominała Sława Kucharska, siostra operacyjna, która z profesorem pracowała w szpitalu podczas wojny – stojąc już przy wyjściu z sali przepraszać jeśli kogoś obraził. Nie było sposobu po operacji do niego, na niego poburczeć. Zawsze odpowiadał: „przecież przeprosiłem”.
Nie wszyscy jednak potrafią „przecież przeprosić”.
Powodów złości chirurgów można znaleźć z pewnością więcej. Ba! Można tak „rozpracować” lekarzy różnych specjalności. Jednak morał płynący z powyższych dwóch przykładów jest taki, że niewiele się zmieniliśmy na przestrzeni tych kilkudziesięciu lat. Ludzie kiedyś byli podobni. A przynajmniej chirurdzy, którzy mieli podobne powody do złości:)
Dochodzę do podobnych wniosków zawsze wtedy, gdy rozmawiam z weteranami II wojny światowej. Dziś już mają ponad 90 lat. Uświadamiają mi oni, że byli tacy sami jak my teraz. Kochali tak samo, mieli takie same ambicje i marzenia, tak samo mówili, tak samo grzeszyli, wykręcali podobne numery, tak samo cieszyli się, tak samo złościli się, myśleli podobnymi kategoriami. Być może przytoczyłem zbyt mało podobnych historii aby przekonać Was do tej opinii. Ale zawsze gdy widzę złoszczącego się chirurga na myśl przychodzi mi właśnie dr Kanarek i prof. Sokołowski.
A współczesnym zabiegowcom mówię: chirurgu nie złość się w cale, albo złość się mniej. A w szczególności nie złość się na anestezjologów. Bo złość piękności przecież szkodzi. 

*Tekst dedykuję specjalnie chirurgom z Oddziału Chirurgii Ogólnej i Naczyniowej Szpitala Wojewódzkiego w Bielsku-Białej, na którym niedawno odbywałem staż. Było to niezwykle miło i ciekawie spędzonych sześć tygodni! Zresztą mam duży sentyment do chirurgii w ogóle:) 


 

niedziela, 6 lipca 2014

Captain RAMC, 181st Airlanding Field Ambulance, 1st Airborne Division, operacja “Market”, rejon Wolfheze-Oosterbeek, 17-26 września 1944 r.



181. szybowcowa kompania sanitarna (w angielskiej nomenklaturze 181st Airlanding Field Ambulance) pierwotnie została sformowana jako 181. kompania sanitarna Królewskiego Korpusu Wojskowej Służby Zdrowia (Royal Army Medical Corps) w 1939 roku. W lutym 1942 roku elementy kompanii uczestniczyły w rajdzie na niemiecką stację radarową w Bruneval na francuskim wybrzeżu. Po akcji całość kompanii została włączona do wojsk powietrznodesantowych. Ostatecznie została przemianowana na kompanię szybowcową, tj. taką, która na pole bitwy w całości desantowana była szybowcami transportowymi.
Kompania uczestniczyła w ostatniej fazie operacji „Torch” czyli lądowaniu aliantów w Tunezji, zaś latem 1943 roku w operacji „Husky” – lądowaniu na Sycylii. Żołnierze i sprzęt kompanii wylądował wtedy na pokładzie sześciu szybowców desantowych Waco produkcji amerykańskiej.
W listopadzie 1943 roku kompania znalazła się na terenie Wielkiej Brytanii i rozpoczęła przygotowania do wzięcia udziału w inwazji w Europie Zachodniej. Przeszkolono ją m.in. do desantu na pokładzie większych brytyjskich szybowców Airspeed Horsa. Po awansie dotychczasowego dowódcy kompanii ppłk. lek. Graeme Warracka na stanowisko szefa służby zdrowia 1. Dywizji Powietrznodesantowej, dowództwo nad kompanią objął  ppłk. lek. A.T. Marrable.
We wrześniu 1944 roku 181. szybowcowa kompania sanitarna wzięła udział w operacji „Market-Garden” w składzie 1. Brygady Szybowcowej 1. Dywizji Powietrznodesantowej. Kompania wystartowała z lotniska Down Ampney na pokładzie 12 szybowców Horsa lądując 17 września w rejonie Wolfheze. W jej składzie wylądowały między innymi dwa zespoły chirurgiczne (dowódcy: mjr. lek. G.M. Rigby-Jones oraz kpt. lek. Michael James) oraz pięć zespołów sanitarnych. Po lądowaniu personel 181. AFA rozwinął tymczasowy punkt opatrunkowy w rejonie Wolfheze, gdzie zaopatrywano rannych i poszkodowanych w rejonie stref lądowania. Następnego dnia kompanię przesunięto do Oosterbeek gdzie rozwinęła główny punkt opatrunkowy w hotelach przy Schoonoord. Punkt ten przeszedł do historii jako „MDS Crossroads”.
Ze 137 żołnierzy kompanii, którzy wystartowali z Anglii 5 zginęło. Z pozostałych nikt nie został ewakuowany na południowy brzeg Renu. Większość z nich została wzięta do niewoli. Sanitariusze i lekarze razem z personelem dwóch spadochronowych kompanii sanitarnych, które także znalazły się w niewoli, zorganizowali w trudnych jenieckich warunkach „szpital spadochronowy” w Apeldoorn.     



Widoczny na fotografiach kapitan-lekarz (Medical Officer) z jednego z
zespołów chirurgicznych 181. AFA przed chwilą opuścił pokład szybowca i po zebraniu sprzętu wyruszył na miejsce zbiórki. Ubrany jest w battledress pattern 1940 oraz kurtkę Denison Smock zaprojektowaną specjalnie dla wojsk powietrznodesantowych. Oddziałom szybowcowym w przeciwieństwie do oddziałów spadochronowych nie wydawano spodni spadochronowych, stąd lekarz nosi standardowe spodnie battledress. Na naramiennikach kurtki widoczne są dystynkcje kapitana (tzw. „pipsy”). Poza tym na kurtce nie naszyto żadnych innych oznaczeń. Na lewym ramieniu widoczna jest standardowa opaska Czerwonego Krzyża ostemplowana pieczęcią „Army Medical Service”. Lekarz na szyi nosi siatkę maskującą, a na głowie stalowy hełm dla wojsk powietrznodesantowych AT MkII ze skórzaną podpinką oraz siatką maskującą z wplecionymi paskami juty. W skład parcianego oporządzenia pattern 1937 wchodzi pas główny, szelki, ładownice uniwersalne MkIII, manierka w noszaku, kabura na pistolet oraz chlebak. Chlebak podpięty jest na biodrze – to charakterystyczne dla oddziałów szybowcowych, których żołnierze w przeciwieństwie np. do żołnierzy piechoty i spadochroniarzy nie mogli nosić chlebaka na plecach – utrudniałoby to siedzenie w szybowcu i zagrażało bezpieczeństwu lotu. Pod klapą chlebaka widoczna jest brezentowa pałatka przeciwdeszczowa. Oprócz tego lekarz posiada torbę sanitarną, pas do przenoszenia noszy oraz lornetkę No2 MkII firmy Kershaw. Warto zwrócić uwagę, że na oporządzenie została naniesiona pasta maskująca w kolorze zielono-oliwkowym tzw. blanco (wedle regulaminów w Europie Zachodniej wojska brytyjskie miały wykorzystywać Blanco KG3 – khaki Green 3). Buty to standardowe podkute Ammo Boots z „blankowanymi” parcianymi spinaczami. Uzbrojenie stanowi pistolet automatyczny Inglis HP 9mm, który jest kanadyjską wersją belgijskiego Browninga HP.      

Jeszcze w Anglii. Lotnisko Down Ampney, 16 września 1944 roku. Widoczne są szczegóły obszycia bluzy battledress; pod naszywką "RAMC" znajduje się naszywka przedstawiająca pegaza, który jest symbolem brytyjskich wojsk powietrznodesantowych, a jeszcze niżej naszywka "Airborne". Na naramiennikach znajdują się dystynkcje kapitana.  Kolor podkładek pod dystynkcje charakteryzował poszczególne korpusy. Oddziały spadochronowe nosiły dystynkcje koloru błękitnego, oddziały rozpoznawcze zielone, zaś Royal Army Medical Corps bordowe. Oba rękawy były obszyte w identyczny sposób, przy czym pegaz zawsze zwrócony był do przodu. Warto zwrócić uwagę na odznakę Royal Army Medical Corps znajdującą się na berecie. W Armii Brytyjskiej odznaki noszono nad lewym okiem w przeciwieństwie do Wojska Polskiego, w którym orła nosi się pośrodku (wyjątkiem była Samodzielna Compania Commando - podobnie jest we współczesnych polskich oddziałach specjalnych). Bordowy "Maroon Beret" był nakryciem głowy we wszystkich brytyjskich oddziałach powietrznodesantowych.